10. maj, 2020

I NIGDY NIE CHODZIŁEM DO SZKOŁY....

To akurat nie o mnie. Ja swoją edukację przetrwałem. Lub raczej odbyłem swój obowiązek szkolny. A teraz edukuję się sam, a czasem, jak nadarzy się okazja edukuję też innych. Bez metody. Może czasem korzystając z tzw." metod", ich fragmentów, traktując je jako inspiracje a nie jako zasadę. Przygotowując się teraz symultanicznie do kilku projektów, teatralnych, artystycznych, społecznych i edukacyjnych właśnie co chwile otwierają mi się nowe furtki, klapki i okienka. Za to kocham internet.
Przeglądając książki na półce wpadła mi w ręce książka Andre Sterna "Zabawa". Połknąłem ją w dwa wieczory (ale to nie jest wyczyn, jest po prostu niezbyt obszerna). Przy okazji dużo myślenia, nowych źródeł. Duuużo nowych pomysłów ale też analizowania i w jakiś sposób nazywania tego co już poznałem, zrobiłem. Ta filozofia edukacji i rozwoju Sternów jest bardzo bliska tego co lubię w teatrze lalek, w teatrze przedmiotu, w teatrze dla młodego widza.
Znalazłem tam piękny cytat z Geralda Huthera o tym, że dziecięcy mózg buduje się i rozwija dzięki zachwytom. Podobno dziecko w ciągu dnia zachwyca się od 20 do 50 razy dziennie. To jak samo dopping. Tylko szkoda, że tak mało tych zachwytów zauważamy i pielęgnujemy. I dlaczego ich coraz mniej gdy człowiek dorasta.
Andre Stern nie chodził do szkoły. Uczył się i rozwijał w systemie domowym pod okiem rodziców. Czy miał jakiś program do ogarnięcia? Nie. Cały program bazował właśnie na ciekawości i zachwycie. Dziś Andre jest lutnikiem, pedagogiem, pisarzem, dziennikarzem i zna kilka języków. I gdzie klucz? W szacunku do małego człowieka. Ale o tym więcej w książce / książkach (POLECAM!).

Zabawne, że te tropy i klocki, które pojawiają się teraz w mojej edukacji i rozwoju bardzo pasują jeden do drugiego. To na przykład taki detal, że wydawnictwo, które publikuje wszystkie książki Sternów i innych pedagogów, których ostatnio śledzę jest z Gliwic. Po sąsiedzku. Lubię takie zbiegi okoliczności.

Zanurzając się w kolejne zdania i opowieści Sternów przypomniała mi się wizyta (przypadkowa, nie mieliśmy gdzie nocować ) w domu Peta i Rii w Mozambiku w Parku Gorongoza. Pete i Ria (Afrykanerzy) osiedlili się w środku dżungli kilka lat wcześniej. Zbudowali sobie dom - siedlisko, chodź nie wiadomo było do końca gdzie kończy lub zaczyna się dom a gdzie zaczyna dżungla. W domu urządzona była szkoła (na zdjęciu). Czwórka dzieci Peta i Rii nie chodziła do szkoły, uczyli ich rodzice. Trochę z powodu odległości do najbliższej szkoły a trochę z filozofii życia. Dzieciaki raz w miesiącu jeździły do miasta zdawać egzaminy. Teraz cała czwórka to już dorośli ludzie. Przez chwilę miałem na języku pytanie do Rii: a co z ich przyszłością? co gdy będą chciały uczyć się na uniwersytetach? Ale po chwili odpowiedziałem sobie sam: na uniwersytetach? ale gdzie? w Lublinie? Te, wówczas nastolatki, mówiły biegle kilkoma językami, prowadziły ( i umiały naprawić) auto, pracowały w Parku Narodowym, zarówno przy zwierzętach jak też opiekując się turystami z całego świata. Do tego samodzielnie prowadziły grupy na fotograficzne safari i znały cały ten dziki świat w najmniejszych detalach. Nie miałem więcej pytań. Bardzo im wtedy zazdrościłem. I nawet był przez chwilę plan zamieszkać w buszu...

Coś z tych planów na pewno zostało, bo od tamtej pory udało się odwiedzić wiele takich miejsc w dżungli, na pustyni i innych odległych miejscach i wielu prowadzić właśnie warsztaty i projekty edukacyjne, teatralne czy społeczne czy po prostu być z ludźmi. Ale wrażenie tamtej domowej / leśnej szkoły bardzo zostało w głowie.
I na koniec, odnośnie Mozambiku, to był piękny czas na myślenie i na nudę oraz takie samorozczarowanie w głowie, że w takich miejscach jak Mozambik w niczym się nie przydam. Na szczęście to już za mną. Dziś hasło LALKARZE BEZ GRANIC piszę dużymi literami.